niedziela, 7 maja 2017

Cafe Sax w Teatrze Rampa [RECENZJA]

Spektakl "Cafe Sax" z piosenkami Agnieszki Osieckiej w Teatrze Rampa mógłby być książką, z której, niczym z lampy Aladyna, wyłaniają się scenografia i postaci: Saska Kępa, zapach kasztanów, rozmazany makijaż kochanki. Bajki w swoim życiu nie stworzysz wczasami all inclusive w Egipcie, ale utkasz ją, tu i teraz, z przeżyć w majowym deszczu, przekonuje Agnieszka Osiecka. Gdy już książkę przeczytasz, chcesz zapomnieć, że czynsz płaci się do dziesiątego. 




W majowej ulewie kasztany na Paryskiej pogubiły kwiaty, płatki płaszczyły się na chodniku lub taplały się w kałużach, jakby zdziwione, że ich piękno przeminęło, zanim zdążyło kogoś zachwycić.
Maria zaparkowała seicento obok przystanku. Zadzwoniła do męża, zapytać co robi. W ćwierkaniu przypominała bawiące się wróble. Przecież mogła w tym czasie poczytać synowi „Na jagody" lub "O krasnoludkach i sierotce Marysi" Konopnickiej. Niech to diabli porwą.
Powiedziałam, że już nie zadzwonię, 
dzwoniłam. 
Powiedziałam: "Idź już lepiej do niej" - 
kręciłam. 
Powiedziałam: "Nic już nie pamiętam..." - 
a jakże! 
Powiedziałam: "Cóż, nie jestem święta!" - 
to fakt, że 
okłamałam ciebie tyle razy, 
mój miły. 
Jakoś na to nie brak mi fantazji 
i siły. 
Powiedziałam: "Już nie będę czekać" - 
czekałam... 
Bo czasami chce się do człowieka - 
ja chciałam!  
„Mówiłam żartem”

Szafki w kuchni, której okna wychodziły na ulicę, pachniały mąką, kawą i herbatą. To pewnie yunnan, pomyślał Rafał. Maria nie przyjeżdża, będzie miała mało czasu. W potłuczonym, emaliowanym rondelku odgrzewał fasolkę po bretońsku Pudliszki albo Pamapol, kto by to dziś pamiętał.
- Czemu tak długo - zapytał Rafał ze szczerym wyrzutem.
- Rafale - Maria dobrze wiedziała, że nie znosi, gdy tak się do niego zwraca - musiałam Kacpra odebrać z przedszkola.
Wtuliła się mocno w niego. Klasyczne, jasnoniebieskie dżinsy podkreślały kształt jej szerokich bioder. Obcisła nawet koszulka z przykrótkimi rękawkami podkreślała odwieczne piękno klepsydry talii i bioder.
- To ja danie dla ciebie szykuję, a Ty się spóźniasz - zdenerwowanie Rafała prysło, miał już ją przy sobie.
- Życie. Rafał?
- Tak? Nałożyć ci fasolki.
- Nie. Piwa się napiję.
- Prowadzisz.
- Wiem. Co u twojej córki?
- Dobrze,  mam wezwanie do szkoły, bo Patrycja nie była dwa ostatnie dni.
- Czemu?
- Nie wiem. Matka nie może jej ogarnąć.
Kapsel od Królewskiego odskoczył z przytłumionym syknięciem. Maria pociągnęła spory łyk. Przyjemne ciepło rozpłynęło się po dziąsłach.
Przez okno pokoju zajrzało zachodnie słońce. Na przystanku zatrzymał się 117. Kolejny łyk.
- Kocham Twój tatuaż pod łopatką. Pachnie ogrodem różanym z parku Skaryszewskiego.
Maria zmrużyła oczy. Marzyła o małym, poniemieckim domku na Mazurach, gdzieś koło Giżycka. Niech wieczory pachną czerwonymi malwami, fioletowymi bzami i skoszonymi trawami z bławatkami. Dzieci będą bawić się w błocie, ja rozwieszać pranie, a on – będzie pisał. Wysokie sosny zagrają Bacha, a gdy tak rozszumią się na dobre w lipcowe wichury muzyka przejdzie w nostalgię Czajkowskiego.

Rafał pociągnął z butelki duży łyk piwa, zagryzł paluszkiem żerańskim. Maria leżała nago na boku. Sutki jej niezbyt pięknych piersi sterczały. Piersi nie przyprawiały go o białą gorączkę, ale oprawa oczu, fryzura, kształt pupy, gdy miał ją przed sobą, sprawiały, że jego myśli zaraz zaczynały się pławić w dopaminowym sosie.

Robert, myślała, w tym czasie Maria, był wrażliwym, ale słabym psychicznie człowiekiem. Nie nadawał się na męża. Właściwie wyszła za niego z litości, bo bardzo prosił. Rafał, zaniepokoiła się, o nic nie prosił, wymagał, żądał. Czemu mu się nie oprze?
- Muszę wyjść
- Co - głos ugrzązł w gardle Marii.
- Muszę jechać po córkę do jej koleżanki.
- Rafale - rozpacz odbija się od pustych ścian.
Była dla niego laleczką,
dla drugiego, trzeciego - kto wie?
Potem skryło ją małe miasteczko,
pogrążone w roztopach i mgle.
On miał wszystko to, co chciał:
sławę, złoto, piękno ciał,
życia krusz garściami brał.
A gdy z wiru wtem się zbudził
- już nie było tamtych ludzi,
których kochał, których zwodził,
których znał.
"To nasze ostatnie bolero"


W tamten weekend majowy deszcz lał jak z cebra. Aneta sczytywała na kasie w Biedronce grill kulisty z pokrywą, raid przeciw komarom. Na chuj komu coś na komary, śmiała się w duchu dziewczyna ufarbowana na rudo-miedziany kolor, gdy jej telefon w kieszeni zaczęł wibrować. Nie, nie może odebrać. Musi czekać do przerwy, pik, pik, warkocz z nadzieniem z czarnej porzeczki.
- Artura aresztowali, powiedział głos w telefonie.
Pięć lat. Szybko minie.

- To przez ciebie, kurwo - pocieszyła ją teściowa. - Prowadzałaś Arturka gdzieś po bramach i wpadł w złe towarzystwo. - Wypierdalaj stąd.
Dookoła odrapanego starego bloku na Zamoyskiego płatami odchodził tynk. Przechodzący obok budynku facet około pięćdziesiątki pomyślał, że kamienice starzeją się lepiej niż mężczyźni. Łysienie ścian ma swój urok, a facet napuchnięty od wczorajszego alkoholu z koślawymi
zaczeskami na głowie idzie nie wiadomo po co, trzyma się życia, żeby El Clasico obejrzeć lub wina Amarena się napić.
Aneta, pamięta, to miało być przeznaczenie, że imiona na literę a.
Szła w kierunku Lubelskiej. Pod wiaduktem kolejowym wypadł jej papieros. Ormianin albo Kazach albo ktoś zaproponował jej tonem popsutego kontrabasu: - Papierosów nie trzeba?
Podniosła swój. Wieczór, choć słoneczny, przeszywał chłodem. Od strony Wedla pachniało jej ulubionymi Pawełkami.
- Mamo, kiedy wrócimy do domu - dreptała za nią pięcioletnia Patrycja.
Skręciła w Lubelską, ciągnąc za rękę śpiącą córkę. Kasi, jej najlepszej przyjaciółki, akurat nie było w domu. W stronę Dworca Wschodniego obok Anety szła około trzydziestoletnia kobieta w butach na obcasach. Ciągnęła z łoskotem przypominającym turkotanie pociągu walizkę z napisem Samsonite.
Byle do nocy, byle do jutra -
Tłucze się w tobie litania smutna,
Sen cię otuli jak łaska boska
Polska Madonno, Madonno polska.
Sen ci daruje szminkę francuską,
Piersi okryje szkarłatną bluzką,
Sen ci daruje nadzieję płonną,
Polska Madonno, polska Madonno
"Polska Madonna"
Tej piosenki zabrakło w przedstawieniu „Cafe Sax”; brak odczuwam do teraz bardzo mocno. Teatrze Rampa, czemu jej nie było?

Rafał odebrał list polecony na poczcie na Francuskiej. Wieczór odurzająco pachniał kasztanami. Ulewny deszcz parował w wieczornym cieple. Iść w lewo do Paryskiej czy w prawo do Skaryszewskiego. Otworzył list. Bank wzywa do uregulowania trzech rat kredytu hipotecznego za mieszkanie, które kupił w akcie, jak się wydawało, strzelistej i wiecznej miłości.
4269 zł
- Bank wezwanie przysłał, cztery tysiące trzysta - bez nijakiego powitania powiedział ze złością do słuchawki, wolno wypowiadając i kładąc nacisk na trzy ostatnie słowa.
- Co mnie to - z agresją odparła Paulina.
- Kredyt jest wspólny.
- Ja wezwania nie dostałam. Na ciebie jest.
- Ogarnij się. Z czego mam to zapłacić?
- Zapłać alimenty na Julkę, to pogadamy.
Rozłączyła się.

Odczuwamy trochę zgagi po tym życiu - 
po tym życiu, po przepiciu i te pe, 
odczuwamy trochę kaca, 
że co było, to nie wraca, 
jak ten kochaś, który zginął w sinej mgle. 
Odczuwamy trochę żalu, 
że tak wcześnie jest po balu.
„Szpetni czterdziestoletni”

Przypomniał sobie słowa piosenki Agnieszki Osieckiej, gdy minął Francuską 31, dawną Cafe Sax, gdzie Agnieszka Osiecka rozsiewała słowa po karteczkach, serwetkach, w zeszytach. Piła dżin z tonikiem.
Niebo obniżyło się. Zapach lip, kasztanów otulił strapioną duszę Rafała. Maj, majem, ale co dalej? Z czego zapłacić te cholerne raty? Paulina jeszcze tego mieszkania nie chce sprzedać.
W Carefour tuż przed rondem Waszyngtona kupił trzy Żubry. Pomnik Żołnierzy Radzieckich okrywał się atramentowym niebem. Rafałowi wyświetlił się z przykurzonego archiwum pamięci obraz z podręcznika z podstawówki. Warszawiacy kwiatami witają radzieckich żołnierzy siedzących na czołach z czerwoną gwiazdą.


Kanały w Skaryszewskim pachniały rybami i smakiem umami. Woda stała w nich nich wysoko, bo i Wisła rozlała się majestatycznie w korycie, przypominając że człowiek jest małym orzechem laskowym w obliczu sił przyrody. Boże, o czym ja myślę, Rafał pociągnął kolejny łyk Żubra. Żubry chodzą parami czy jak to było? Z oddali dobiegał odgłosy niewyjaśnionej tajemnicy życia, rechot żabiego skrzeku.

Obok przeszła dziewczyna pachnąca perfumami owocowymi. Kołysała miarowo szerokimi biodrami, jakby elegancko kajak płynął po jeziorku Kamionkowskim.
Odczuwamy trochę żalu,
że tak wcześnie jest po balu,
kiedy noga się do tańca jeszcze rwie.
Chce się tańczyć, chce się walczyć,
a tu nagle - panie starszy,
zamykamy, zamykamy, tak czy nie?
„Szpetni czterdziestoletni”

- Cześć, co robisz - zapytał Małgosię poznaną na Sympatii. Ujęła go zielonymi, błyszczącymi pełnią życia i naturalnymi blond włosami do pół pleców.
- Robię Patrykowi kolację. A Ty?
- Sucha kostucha się spóźniła.
- Co?
- Nie wyłączyła mi prądu w środku dnia.
- Co? trzeźwy jesteś?
- Pijany życiem. Pojedziemy na dyskotekę do Wilgi - Małgośka wiedziała gdzie, to, bo mieszkała w Otwocku, a może to już Karczew.
- Nie masz auta.
- Pekaesem.
- Wariat.
Udawanie się zacznie od jutra, a na razie odpłyńmy na kutrach w tę noc.
Panie Czesiu? Jeszcze jedna pięćdziesiątka? Na koszt baru.

Spektakl nie wstrząsnął moją duszą, ale struny jej poruszył, daję 4 na 6, a indywidualnie Dorocie Osińskiej - szóstkę za wykonanie "Na zakręcie". Krstyna Janda została zdetronizowana, co wydawało się niemożliwe.

2 komentarze:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...